Mizuwersum

Podręczna książka

Leave a comment

Kolejny wpis z cyklu prace na zajęcia, które wyglądają jak wpis na bloga. Tym razem mieliśmy napisać esej pod tajemniczo brzmiącym tytułem “Moja książka podręczna”. A co Wam najpierw przychodzi do głowy, gdy słyszycie to określenie? Konkretny tytuł? Podzielcie się w komentarzu. A oto, co ja napisałam.

Gdy myślę o podręcznych książkach, pierwszym moim skojarzeniem są podręczniki – wiadomo, nazwa podobna, choć większość podręczników, z których miałam wątpliwą przyjemność korzystać była raczej przeciwieństwem słowa „podręczny”. Podręczniki źle się kojarzą – nudne, długie, obowiązkowe, dlatego też nie poświęcę im więcej miejsca.

Drugim skojarzeniem jest oczywiście rozmiar, czyli coś niewielkiego, co można łatwo zmieścić w torebce czy kieszeni (raczej płaszcza niż spodni). Gdy myślę o podręcznych książkach w tym kontekście, widzę małe, lekkie tomiki – głównie romanse i kryminały – jakie niektóre wydawnictwa wydają w małym formacie na lato. Przyznam się, że nie cierpię tego formatu, nie widzę w nim absolutnie nic podręcznego i jest dla mnie raczej namiastką książki, niż prawdziwą książką (tak, wiem, trochę biblio-nazi). Nie mniej jednak zdarzyło mi się dokonać zakupu takich książek – ostatnio „Pamiętnik” Sparksa, żeby w końcu się przekonać, czy film był lepszy (9,99 zł w Biedronce, szaleństwo), a wcześniej głównie książki anglojęzyczne – z tej prostej przyczyny, że są tańsze od pełnych wersji. Nie rozumiem innej funkcji tej mini-książki, niż zakup lektury na lato, a po zapoznaniu się – przekazanie dalej poprzez zostawienie w widocznym miejscu. Ni to ładne, ni wygodne.

Trzecim ze skojarzeń, moim ulubionym w temacie podręczności, jest taka książka, którą mamy pod ręką, bo chcemy często do niej zaglądać, bo ją uwielbiamy, bo jest spisem aforyzmów Paulo Coehlo, więc mamy co wrzucać na Twitter i Facebook, bo jest źródłem mądrości i inspiracji. Takich książek mam wiele i o nich opowiadać mogę długo.
Podręczną książką, którą mam na półce w kilku wydaniach i którą do tej pory przeczytałam w życiu 21 razy jest „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” J.K. Rowling. Jestem z tego pokolenia, które dorastało razem z Harrym, do dziś czekam na mój list z Hogwartu. Raz na rok-dwa lata odświeżam sobie ponownie całą serię, bo jest ona nie tylko rozrywką, ale też przykładem wspaniałej przyjaźni, której szczerze Złotemu Trio zazdroszczę.

Drugą moją książką podręczną jest – paradoksalnie – książka w formacie kieszonkowym, czyli podwójnie podręczna (ha!). Dostałam ją w prezencie od koleżanki na 25-te urodziny, na które zażyczyłam sobie ulubione książki moich przyjaciół. Mowa o „1984” Orwella. Tę pozycję też bardzo często czytam, bo jest nie tylko wciągająca, ale też pouczająca i moim skromnym zdaniem powinna być czytana codziennie przed Wiadomościami, tudzież Faktami (zależnie od opcji politycznej słuchacza). Sądzę, że zrobiłoby to wiele dobra całemu naszemu narodowi.

Kolejną moją książką podręczną, czy raczej podręcznymi książkami, jest seria Douglasa Adamsa „Autostopem przez Galaktykę”. Można ją otworzyć na dowolnej stronie i przeczytać wyrwany z kontekstu fragment, a i tak gwarantuję, że poprawi się czytelnikowi humor. Mi się poprawia za każdym razem, gdy sięgam po jedną z pięciu części trylogii . Choć doskonale znam historię, to nie trzeba jej znać, żeby cieszyć się rześkim absurdem lejącym się z każdej strony „Autostopu”. Podobnie jest z „Holistyczną Agencją Dirka Gently’ego”, która stoi obok, ale przyznam, że nie sięgam po nią aż tak często, bo nabyłam ją dopiero kilka miesięcy temu.

Na myśl przyszła mi kolejna interpretacja „podręcznej książki” – czyli książka użyteczna, którą mamy pod ręką, żeby użyć w konkretnym celu. Taka będzie książka kucharska – nie jest to taka sama interpretacja, jak poprzedni akapit, bo tam sięgamy po nią, bo chcemy, pomaga nam w aspektach duchowych. Tu – bo w pewien sposób musimy, pomaga w aspektach fizycznych. Wspomniana książka kucharska na przykład pozwoli wykonać pyszne danie dla całej rodziny przyzwoite szybkie spaghetti bez poparzenia się i spalenia garnków. Posiadam kilkanaście książek kucharskich (mama prenumerowała jakąś kucharską serię kiedy była jeszcze kurą domową), ale nieczęsto z nich korzystam, bo przepisy, które w nich znajduję są rzadko podręczne, a częściej kuriozalne. Zadowalam się więc tymi książkami kucharskimi, które ja nabyłam, czyli jedną o muffinach i jedną o makaronach. Do szczęścia wystarcza.

Drugą taką książką użyteczną będzie dla mnie „Ćwiartka Raz!” Karoliny Korwin Piotrowskiej. Jest to almanach ostatnich 25 lat kultury w Polsce. Rok po roku opisywane jest co działo się w kulturze (filmy, seriale, książki, teatry, muzyka), więc podczas pierwszej lektury skorzystałam z takich kolorowych znaczników, które posiada w ogromnej liczbie każdy szanujący się student i pozaznaczałam wszystko to, czego nie znam, a chciałabym poznać (jednocześnie wykorzystując nagromadzone przez lata i nigdy nie użyte znaczniki). Tym sposobem, kiedy mi się nudzi i nie bardzo wiem co ze sobą zrobić (na ostatnim roku studiów to już rzadkość!), to zaglądam na losową zaznaczoną stronę i czytam co mam do nadrobienia, a potem to nadrabiam. Choć do autorki można mieć stosunek negatywny lub pozytywny (chyba nie ma nic pośrodku), to trzeba przyznać, że odwaliła kawał dobrej roboty i ta książka zdecydowanie pełni użyteczne funkcje nawet po jej pierwszej lekturze.

Na koniec nie mogę wspomnieć o książce, którą czytałam w zeszłym miesiącu. Choć nie jest ona podręczna, opowiada o podręcznej – czyli „Opowieść podręcznej” Margaret Atwood. Tam słowo podręczna ma zgoła inne znaczenie. Uwaga, spoiler alert! Podręczna to kobieta niezamężna, która z powodów religijno-politycznych nie ma praw takich, jak kobiety-żony. Służy do prokreacji dla małżeństw, którym natura (akurat w tym przypadku bóg) możliwości posiadania dzieci odmówiła. Niefajna perspektywa. Słowo „podręczna” występuje dla mnie teraz w innej formie – także jako rzeczownik, a nie tylko przymiotnik. Koniec spoilerów. Polecam lekturę, bo świetna.

Podsumowując, książka podręczna ma wiele twarzy (ale nie aż 50). Z jednej strony mała, z drugiej przydatna, z trzeciej inspirująca. Jednak chciałabym zakończyć ten wywód inną konkluzją – powinniśmy cieszyć się, że w ogóle mamy książki. Na co dzień nie myślimy w takich kategoriach, ale właśnie lektura niektórych tytułów (jak wspomniane wyżej pozycje Orwella czy Atwood, ale też Huxleya, Zajdla czy Dicka) pomaga sobie uświadomić, że świat bez książek byłby dużo uboższy i nieciekawy. Umberto Eco powiedział, że kto czyta książki, żyje dwa razy. Ja dodałabym do tego, że kto nie czyta, ten żyje… ale co to za życie?

Advertisements

Author: Mizu

Master of squeezing many responsibilities into very small timespan, a fan of various TV series and films. I devour books and in my free time I make jewellery. Currently I work in a PR agency and really like it.

Care to comment?

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s